Zdjęcie wykonane oczywiście przez Marie- dzieci podczas zabawy w trakcie przerwy;-)
Metody, techniki, materiały dydaktyczne - jak uczyć przedszkolaki języka angielskiego
Projekt: Metody, techniki, materiały dydaktyczne - jak uczyć przedszkolaki języka angielskiego (Kamerun)
czwartek, 25 listopada 2010
Wszystkie dzieci wszytskich są
Zdjęcie wykonane oczywiście przez Marie- dzieci podczas zabawy w trakcie przerwy;-)
wtorek, 23 listopada 2010
Weekend z Pigmejami Baka
piątek, 19 listopada 2010
Problemy z dyscypliną
wtorek, 16 listopada 2010
Medialnie...
http://koscierzyna.naszemiasto.pl/artykul/658502,kaszuby-modne-w-kamerunie,id,t.html?kategoria=675
poniedziałek, 15 listopada 2010
Kiedy pora się usamodzielnić
środa, 10 listopada 2010
Powiew młodości- czyli spotkanie z Amerykanką
W końcu udało mi się poznać kogoś w moim wieku mówiącego po angielsku. Mam nową koleżankę, pisząc to czuję się jak bym znowu była w podstawówce, ale serio cieszę się. Nostalgicznie przypomniałam sobie „Cruel intentions” i skoro mamy się zaprzyjaźnić zaprosiłam ją na noc;-) Tak więc Ewa i moja kameruńska książęca miłość wyjeżdżają na spotkanie misjonarzy z okazji 11 listopada do Younde, a ja dzięki Mirze prześpię całą noc. Pierwotnie planowałyśmy po prostu wypić trochę sangrii, ale kiedy po moich namowach, Mira poszła do lekarza i okazało się, że załapała wielką afrykańską trójcę: malaria, tyfus i ameba, nasze plany zredukowały się do wspólnego gotowania i oglądania filmów. Dzięki temu, że moja nowa koleżanka jest pół Hinduską pół Amerykanką jutro będę jadła prawdziwe hinduskie danie, dzięki temu będę bliżej biednej Kamy. Wracając do chorób oświadczam, że dzisiaj wykonałam test na malarię i nie mam jej. Szczęśliwie udało mi się jej pozbyć. Wracając do przeszłości kilka wrażeń z przedszkola po moim powrocie z wakacji. Muszę przyznać, że stęskniłam się za całym Mokolo 4. Kiedy przyszłam do przedszkola po tygodniowej przerwie dzieciaki przykleiły się do mnie i z trudnością udało mi się od nich oderwać. Po przerwie nastąpił moment wzruszenia- uwaga moje dzieci zaczęły szczotkować zęby, a w moich oczach po raz pierwszy w Kamerunie stanęły łzy wzruszenia. Od wtorku obowiązek prowadzenia zajęć przejęli nauczyciele. Jedna z nauczycielek niestety nie jest jeszcze w stanie samodzielnie prowadzić zajęć, dlatego też zdecydowałam się na wybranie jednej z nauczycielek, która po moim wyjeździe będzie potrafiła przeprowadzić zajęcia w każdej grupie oraz będzie odpowiedzialna za koordynowanie nauczania angielskiego w przedszkolu. Jak widać po powrocie mam dużo pracy, a świadomość tego, że zostało mi tak niewiele czasu przeraża mnie. Nie czas jednak myśleć o powrocie póki co cieszę się z każdego dnia tutaj. A w weekend odwiedzam Garoua-Boulai;-)
niedziela, 7 listopada 2010
Autobusowe przemyślenia
Ponieważ w Afryce podobnie jak w Indiach podróże trwają dłużej niż zwykle, a już na pewno dłużej niż zaplanowano do Bertoua zamiast o 18 dotarłam o 24. Na szczęście mama Ewa czekałam na mnie na przystanku i moja podróż zakończyła się bezpiecznie i w sumie szczęśliwie. Wielogodzinna podróż dała mi okazję do zastanowienia się całą wspinaczkową porażką. Na szczęście odnalazłam w niej sukces. Postanowiłam wyruszyć sama i wbrew wcześniejszym przekonaniom o podróżowaniu w pojedynkę nawet mi się podobało. Udowodniłam sobie, że potrafię. Poza tym poznałam wspaniałego przewodnika i kucharza, miałam czas na zastanowienie się nad warunkami ich pracy. Otóż mój przewodnik i tragarz za całą dwudniową wędrówkę otrzymują niecałe 100zł. Turyści rzadko dzielną się z nimi swoim jedzeniem i wodą, a propozycja spania w jednym pokoju (to dużo powiedziane pokój- kilka prycz pod cieknącym dachem) bardzo ich zdziwiła. Ich sprzęt też pozostawiał wiele do życzenia, oboje nie mieli odpowiedniego obuwia, a tragarz dźwigał worek zamiast plecaka. Po zejściu postanowiłam porozmawiać z właścicielami Ecoturism. Zaproponowałam im nawiązanie współpracy z jedną z europejskich firm wspinaczkowych i poproszenie ich o zaopatrzenie w minimalny sprzęt dla ich pracowników. Nie wiem, czy posłuchają, ja trochę oczyściłam swoje sumienie. Mam nadzieję, że zaopatrzą ich chociaż w latarki, bo schodzenie z jedną sztuką odbiło się na moim ciele, jestem super posiniaczona. Rano poszliśmy uczcić moją sukceso- porażkę piwkiem i jajecznicą. Ten tygodniowy urlop udowodnił mi, że mogę sama podróżować, polubiłam również bardziej Afrykę, szczególnie tą mówiącą po angielsku. Doceniłam wszystkich, z którymi miałam okazję podróżować i zatęskniłam za domem zarówno tym w Polsce jak i w Kamerunie. Nabrałam siły do dalszej pracy, przede mną ostatnich pięć tygodni w Kamerunie, niedługo odwiedziny północy, a wraz z nimi podróż z Fransisco do żyraf, lwów i antylop, kolejne spotkanie woda i ogień, czyli Aga i Fran. Już teraz wiem, że ciężko będzie mi wyjeżdżać w Kamerunu, ale do wyjazdu jeszcze trochę czasu, więc zabieram się do pracy, tak aby coś tu pozostało po moim wyjeździe. Aga looser and winner- now teacher again;-)
Szczytowanie w wersji single nie zawsze kończy się zdobyciem szczytu
All inclusive już nie dla mnie
Pamiętam jak kończąc pisanie pracy magisterskiej marzyłam o wakacjach all inclusive w towarzystwie moich przyjaciół, daleko od obowiązków, same rozrywki. Tak więc kiedy usłyszałam o możliwości wynajęcia domku nad samym oceanem, daleko od cywilizacji z gwarancją pięknej pogody od razy zatelefonowałam do Fransisco (tajemniczego Włocha) i powiadomiłam go, że wyjeżdżamy na wakacje. Prawdziwe wakacje. Ponieważ jest on Sycylijczykiem i tak jak ja pracuje od rana do wieczora, bez większego zastanowienia zgodził się na moją propozycję. Tak więc w sobotę spotkaliśmy się w Kribi nad samym oceanem by w niedzielę razem pojechać do domku pośrodku niczego. W tym też miejscu chciałabym zwrócić uwagę, że podróż- samotna do Kribi to mój pierwszy podróżniczy sukces (wciąż nie mówię po francusku). W Londji- wioska w której znajdował się nasz domek- położone jest nad samym oceanem. Nasz domek też się nad nim znajdował, codziennie rano i wieczorem rybacy przychodzili na naszą plażę;-) i sprzedawali ryby, my czasem dostawaliśmy gratis, popołudniami po palmach skakały małpy, a dzieci zrywały dla nas papaje z drzew. A jak już wspomniałam, Fransisco jest Sycylijczykiem, więc przez całe cztery dni nie pozwolił mi wejść do kuchni. Jeśli niektórzy z Was- drodzy czytacze liczą na romans tej opowieści, zawiodę Was. Ta opowieść nie zakończy się wielką miłością, no chyba, że do włoskich potraw. Fransisco zawsze otoczony jest pięknymi kobietami i uśmiechniętymi dzieciakami, tak więc pomimo odpoczynku od pracy od rana do wieczora w naszej samotni przebywały z nami dzieci z wioski, obiady jadaliśmy razem, a dzieciaki uczyły się posługiwać widelcem, a później pływać. Ponieważ Fran kocha dobrą kuchnie, imprezy i kobiety włączył mi się instynkt macierzyński. Bałam się, że i tym razem może wylądować w wiezieniu (był już 2 razy aresztowany w Kamerunie). Więc dbałam by nie zadawał się z dziewczynkami, a on dbało mój żołądek. Dzięki tej wybuchowej mieszance charakterów ja się bardzo zrelaksowałam a mój Włoch wrócił bezpiecznie do domu, najpierw poleniuchował samotnie w Kribie, a ja udałam się na zdobywanie góry Kamerun. Po spędzeniu czterech dni na robieniu niczego poddałam się, pragnęłam zobaczyć coś nowego i w końcu zrobić coś.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)